» Po prostu Szpic

Tyle się ostatnio mówi o stosunkach polsko-żydowskich przed i po wojnie. Temperatura tych dyskusji jest bardzo wysoka, często wywołuje skrajne opinie, tymczasem ten czas, kiedy Żydzi żyli pośród nas bezpowrotnie minął i już niewielu starych ludzi umie przywołać z pamięci postaci w chałatach z pejsami i w jarmułkach na głowie. Z wielkim trudem udało mi się poskładać w całość opowiadania mieszkańców mojej [również odchodzącej w przeszłość] wsi.

Zawsze intrygował mnie stojący w Skawcach tuż przy stacji kolejowej pałac, jakiego żadna okoliczna wieś nie posiadała. Mieszkałam obok niego długie lata. Nazywano go po prostu "Szpic", bo rzeczywiście na jego szpicu była restauracja , a potem sklep. W okresie międzywojennym i chyba jeszcze wcześniej należał do bardzo bogatej rodziny Żyda Zimmerspitza. Przepaść pomiędzy wyglądem tego pałacu, a chatkami pozostałych mieszkańców Skawiec była ogromna. Mój pradziad, Józef Homel był całe życie wójtem, był podobno bardzo zdolnym stolarzem, przyjaźnił się ze skawieckim dworem- no i miał drewnianą chatę, w której wychował 6 swoich córek. Chałupa stoi jeszcze do dziś, jest bardzo zniszczona, tak jak i Szpic, ale różnica standardu jest kolosalna.

Usiłowałam się dowiedzieć, jak Zimmerspitz dorobił się w Skawcach tak wielkiego majątku.

Podobno cała jego rodzina była taka bogata, jeden z jego synów już przed wojną cztery razy latał samolotem. Na Szpicu [ tak się u nas mówiło]mieściły się jego magazyny i duży sklep. Na piętrze mieszkała cała rodzina. Głównym źródłem dochodu były składy drzewa, które ciągnęły się od strony Tarnawy wzdłuż drogi , sterty pociętego drzewa sięgały 3 metrów. Oprócz sklepu i składów drzewa Zimmerspitz posiadał dużo pola i ludzie prowadzili dla niego wielkie gospodarstwo rolne. Skawczanie lubili właściciela Szpica. Był prawdziwym kapitalistą. Dawał zatrudnienie wielu ludziom, a pracownikom otwierał rachunek w swoim sklepie. Tak było w przypadku naszego sąsiada J. Proroka. Kiedy jego ojciec porzucił wielodzietną rodzinę i przepadł gdzieś we Francji, kilkunastoletni Józek , zatrudniony w składzie drzewa przez Zimmerspitza, utrzymywał matkę i swoje młodsze rodzeństwo.

W tak niedużej wsi jak Skawce żyło jeszcze kilka rodzin żydowskich. Blisko figurki Matki Boskiej miał mały sklep Żyd, Glitzmann, Na zakręcie drogi Wadowice- Sucha stała okazała żydowska karczma, która należała do Retmanna. Do dziś to miejsce, a przecież minęło już prawie 70 lat, nazywa się "U karczmy". Żyd Brandstaetter miał także jeden ze składów drzewa i mieszkał u rodziny Koźbiałów.

W każdy wtorek i czwartek można było zobaczyć furki Żydów, którzy już po północy jechali drzemiąc i kiwając się na jarmark w Suchej lub w Wadowicach. Jechali bez końca, fura za furą. Przez wieś przejeżdżali Żydzi od strony Kalwarii i Stronia. Przeprawiali się przez Skawę w bród lub łodzią, którą przewoził ich, mieszkający nad samym brzegiem Bartek.

Wypytywałam moich rozmówców, jak się układały stosunki z Żydami, przecież mieli oni inne obyczaje, inną religię, język. Nikt nie pamięta tych różnic. Żydzi modlili się w domach, najbliższa synagoga była w Wadowicach, na tyłach budynku L.O. na ulicy Gimnazjalnej. Mogła pomieścić 700 osób , a nabożeństwa odprawiano tam według porządku aszkenazyjskiego. Podczas świąt państwowych odprawiano tam uroczyste nabożeństwa, na które przybywało wadowickie i okoliczne żydowstwo. Tam też żołnierze żydowskiego pochodzenia oddawali przysięgę na wierność państwu polskiemu. Potem żołnierze maszerowali przez Wadowice przy wtórze orkiestry 12 Pułku Piechoty.

Żydowskie dzieci uczyły się w chaderach, niektóre uczęszczały do szkół ogólnych, m.in. do gimnazjum, w którym jedną godzinę w tygodniu przeznaczono na naukę religii mojżeszowej i historii narodu żydowskiego. W 1939 roku żyło w samych Wadowicach około 2000 Żydów. Dzięki temu Karol Wojtyła poznał w gimnazjum swego żydowskiego kolegę, Jurka Klugera, syna prezesa Gminy Żydowskiej, właściciela wielkiej kamienicy na rogu rynku i ulicy Zatorskiej.

Karol, wraz ze swoim ojcem, emerytowanym oficerem 12 pułku Piechoty wynajmowali ubogie mieszkanie w kamienicy Żyda Bałamutha. Jak pięknie o tym mówił Jan Paweł II na wadowickim rynku w czasie jego niezapomnianej wizyty w roku 2002-"Nie wiem, co się stało z panem Bałamuthem?-" Okazało się wkrótce, że słowa Papieża dotarły bardzo szybko do rodziny właściciela, która przyjechała do Wadowic, aby upomnieć się skutecznie o rodzinne mienie.

W Skawcach niedługo przed wojną trzej moi wujowie: Józek i Edek Knapczykowie oraz Julek Niziński postanowili zrobić Zimmerspitzowi konkurencję. Otwarli własny plac, na którym strugali drzewo, składowali je na stacji kolejowej i wysyłali kupcom gdzieś do Polski. Ksiądz Proboszcz, Józef Motyka jeździł swoją bryczuszką aż do Bieńkówki i namawiał górali, aby sprzedawali drzewo młodym Polakom, nie Żydom. Może ta interwencja pomogła, tak czy owak, interes moich wujów kwitł. Zatroskany Zimmerspitz stawał na ganku swego pałacu, patrzył na młodą konkurencję i z nadzieją , a filozoficznie wzdychał - "wiatr ich przywiał, wiatr ich porwie "-….

Tymczasem powiał okrutny wiatr historii i porwał w pierwszej kolejności Żydów. Faszyzm, szczególnie w wydaniu niemieckim, głosił, jak wiadomo, nie tylko nienawiść do Żydów jako rasy rzekomo niższej od "rasy panów', ale stawiał sobie za cel całkowitą zagładę "żydowskiej zarazy". Niemcy obwiniali Żydów za swą klęskę w czasie I wojny światowej, chcieli się teraz mścić. Głównie chodziło im jednako o dorobienie jakiejś pseudo ideologii do planu - gigantycznego ,metodycznego rabunku, jakiego rzeczywiście dokonali na narodzie żydowskim. Dlatego tak wytrwale kłamali , że wywożą Żydów do innych miejsc osiedlenia, aby oni zabrali ze sobą to, co najcenniejsze, a potem w Auschwitz i innych obozach zagłady tworzyli specjalne komanda , jak oświęcimska "Kanada", które zajmowały się segregacją ukradzionego mienia żydowskiego.

Zimmerspitz i wszyscy okoliczni Żydzi trafili najpierw do wadowickiego getta. Getto stanowił czworobok o pow. 0,7ha, położony między ulicami :Piaskową, Mydlarską, Krętą i Wadowity. Drzwi i okna okolicznych domostw zabito deskami, "porządku" strzegły strażnice z karabinami maszynowymi. Prawdopodobnie przez wadowickie getto przewinęło się kilka tysięcy Żydów. Zanim zaczęto ich wywozić do Auschwitz, Niemcy wykorzystywali tkwiące w nich jeszcze siły do różnych prac. Tak bardzo wierzyli, że zdobyli naszą ziemię na zawsze, że zaczęli tu prowadzić własną gospodarkę, np. w Skawcach regulowali rzekę, umacniali jej brzegi faszyną i kamiennymi murami. Przywozili do tych prac Żydów z Wadowic. Szturchani kolbami i bici pałkami maszerowali nieudolnie ze stacji nad rzekę, zmuszeni przez Niemców śpiewać do taktu szyderczą piosenkę:
"Marszałek Śmigły Rydz
Nas nie nauczył nic,
A hitlerek złoty
Uczy nas roboty."
Niemcy rechotali wesoło, a Polacy patrzyli z przerażeniem, czuli bowiem, że przeznaczeniem Żydów jest śmierć, a ich - niewolnicza praca dla Niemców na swej własnej ziemi.

Pałac Zimmerspitza, który zginął prawdopodobnie w Auschwitz, został w czasie wojny oddany niemieckiej straży granicznej, która pilnowała granicy na Skawie. Cały budynek zajął zatem Zollamt. Sklepy i restauracje przejęła słynna w Skawcach do dziś Szmelcerka. Była to młoda, urodziwa Polka, z Doliny Stanisławowskiej, która wyszła za mąż za Volksdeutscha Szmelcera. Mąż poszedł wkrótce na wojnę, aby zdobywać "ganze Welt", a ona prowadziła rozległe interesy, demonstrując swoją nienawiść do Polaków, ale głównie rodzaju żeńskiego, gdyż bardzo bujny temperament pozwalał jej na rozliczne podobno romanse z Polakami, do których nie kryła upodobania. W Domu Ludowym prowadziła sklep i knajpę dla żołnierzy niemieckich. Kiedy zbliżał się rosyjski front, Szmelcerka zniknęła. Podobno utrzymywała kontakty z partyzantami polskimi czy rosyjskimi. Pewne jest, że w noc poprzedzającą jej zniknięcie, odwiedziło ją kilku oficerów niemieckich wysokiej bardzo rangi, którzy byli przebranymi partyzantami i z nimi uciekła. Pozostała w Polsce. Do niedawna wraz z rodziną mieszkała w Słubicach.

Po wojnie żydowski pałac wcale nie podupadł. Od plenipotenta Zimmerspitzów, pana Czarnego z Krakowa kupiła go GS Wadowice. Górę wynajęła milicji, która tam założyła posterunek, a na dole urządzono restaurację. W barze rezydowała pani Łopatowa, a restauracja cieszyła się wielkim powodzeniem, gdy pyszne, domowe obiady gotowała pani Dębińska. Znowu dzięki Szpicowi Skawce przeżywały lata powodzenia jako wieś letniskowa. Pociągiem z Krakowa, Śląska, nawet Warszawy przyjeżdżali letnicy, wynajmowali mieszkania tak gęsto , że my wszyscy latem spaliśmy w stodołach na sianie, a obiady jedli, idąc prosto znad Skawy właśnie u pani Dębińskiej na Szpicu.

Szpic był znany także turystom, którzy każdej letniej niedzieli wysiadali z krakowskiego pociągu i szli na Leskowiec, a wieczorem wracali.

Czasami odbywały się na Szpicu głośne libacje. Najgłośniejszym ich uczestnikiem był słynny z krewkiego temperamentu, Władys Knapczyk. Balował szczególnie wtedy, kiedy jego druga żona Bęc-Maryna wyjeżdżała "na taplacki" , czyli na kąpiele do sanatorium. Kiedyś już nad ranem pana komendanta milicji obudziły wrzaski i przekleństwa. Zerwał się mocno "podwścieknięty", porwał pałę i w samych spodniach zbiegł na dół na Szpic. Wpadł do środka i zamierzył się na pierwszego uczestnika "sarpacki", czyli Władysa. Ten radośnie , a energicznie wyrwał narzędzie porządku panu komendantowi, wypałował go i przytomnie uciekł. Umył się , ogolił, przebrał i pobiegł "ponad łączkę" do kościoła do Mucharza na ranną mszę, pytając z troską swoich kumpli:- Chopoki, zamkną mnie? ho?- "Ho" było jego znakiem rozpoznawczym. Oczywiście, że go zamknęli zaraz po powrocie z kościoła.

Kiedy socjalistyczne państwo wymyśliło FWP i zaczęło wysyłać klasę robotniczą na wczasy pracownicze, Szpic troszkę podupadł, a wraz z nim Skawce, bo letnicy nie przyjeżdżali już tak gęsto. Restauracja była tam jednak jeszcze długo, organizowała nawet takie duże imprezy jak wesele naszej sąsiadki, Basi Janiczakówny.. Potem był tam znowu sklep, a na szpicu od strony stacji PKP, knajpka. Kilkanaście lat temu przed Szpicem zatrzymały się dwa Fordy Vany z obcymi rejestracjami. Wysiadła z nich kilkunastoosobowa grupa ludzi. Byli to przybyli z Niemiec i USA potomkowie Zimmerspitza. Robili sobie zdjęcia przed Szpicem. Rozmawiał z nimi po niemiecku mój ojciec. Próbowali się dowiedzieć, jaki jest stan prawny majątku. Ojciec bardzo ich rozczarował , mówiąc, że dobrami właściciela już dawno rozporządził jego pełnomocnik., który sprzedawał pola po bardzo wysokiej cenie. Odjechali.

Szpic dożywa już swoich ostatnich chwil, ostatni lokatorzy pewnie się z niego wyniosą na wiosnę, a on, jak całe stare Skawce, zostanie zburzony. Bardzo chciałam, ażeby nie został zburzony bez śladu!

Ewa Czaicka
Do góry

Realizacja: Piotr Homel