» Moje Skawce

Idę z moją Sabą na spacer do starej wsi. Jest późne styczniowe popołudnie. Idę najpierw popod wiaduktem- widmo, który przez lata straszył podróżnych tym, że stał zawieszony w próżni nad malutkim strumykiem: nie wiadomo, po co. Teraz wiadukt wiąże dwa odcinki nowej drogi, wspinającej się stromo w górę ponad Skawcami. Ruch na nim niemal taki jak na Champs Elysee w Paryżu.

Kiedy minęłam wiadukt, zaczęłam się zagłębiać w całkiem inny świat niż ten, który przed chwilą opuściłam. Weszłam na zasypaną białą drogę, wijącą się popod zagajnik, otaczający kiedyś wieś od zachodu. Szłam po koleinach zostawionych przez jakiś traktor, a potem po śnieżnej pustyni, pozbawionej jakichkolwiek śladów. Patrzyłam stąd na wieś. Majaczyła w oddali. Zasypane dachy nielicznych domów, pustkowie, pozbawione nawet drzew, powycinanych już na opał i przewiezionych na górę do nowych domów. Dzięki temu widok się poszerzył i pogłębił . Widać wszystko po drugiej stronie Skawy: Dąbrówkę, Wielkie Pole, Zarębki, Zagórze. Wszystko wokół bogate, gęsto zabudowane pięknymi domami, z których będzie się kiedyś roztaczał widok nie na Skawę i Skawce, lecz na taflę jeziora.

Tę szarość i pustkę przykryje litościwie woda, a gdy powieje wiatr od Babiej Góry, fale będą trącać brzegi i szumieć o burzliwych przygodach rzeki Skawy, która kiedyś opasywała wieś prawie z trzech stron. Wojowała z wsią, ale też stanowiła jej największe dobro. Stanowiła o sposobie życia ludzi, dyktowała swoje warunki, bywała wredna w czasie powodzi, ale bez niej Skawce będą już całkiem inną wsią. Nawet nazwa zawiśnie w próżni jak ten wiadukt- widmo. Skawce bez Skawy- bez sensu!

Idę białą drogą od kamieniołomu wzdłuż stawów, którymi niedawno były pola uprawne, także nasze. Rosną tu teraz rośliny wodne, a przecież to były najlepsze pola w całej wsi. Na Pańskiem, na Brzegu, Na Ogrodach, Za Murem, Pod Górkami stały domy, sady, rosły zboża buraki, ziemniaki, a między nimi jarzyny. Nazwy tych pól są echem historii skawieckiego dworu, który tu stał. To były dworskie pola. Po dworze zostały tylko kępy zdziczałych bzów i opowieści starych ludzi, którzy pamiętali jeszcze ruiny kaplicy dworskiej, jej niebieskie sklepienie ze złotymi gwiazdkami.

Cisza jest wszechogromna. Nagle widzę jakiś ruch. To na końcu wsi, tam, gdzie kiedyś były Kołki, czyli wielki dębowy las moich dziadków widać dwie ciężarówki. Ludzie wycinają tam drzewa nad Skawą. Ledwie ich widzę w oddali. Po chwili ciszę przerywa odgłos nadjeżdżającego pociągu i stukot wagonów o szyny. Lokomotywa gwiżdże przed mostem. Słucham tego jak muzyki. Wyrosłam w domu, który stał tuż przy stacji kolejowej, więc te dźwięki budzą tęsknotę za dzieciństwem i młodością.

Na miejscu domu ciotki Janki ogromna dziura, pozostawiona po setkach ciężarówek które wywoziły tu do jesieni żwir. Spoglądam w drugą stronę i zawsze z bólem notuję brak chałupy mojego pradziadka, którą rozebrali na wiosnę. To były Skawce nr. 1- dom wójta Skawiec i przyjaciela dworu, Józefa Homla.

Ślizgając się po lodowej pustyni docieram do domu Jadwigi. Wieje od niego pustka i cisza, jak po wybuchu bomby atomowej. Ludzi już nie ma, a zostało nietknięte gospodarstwo. Zamknięty w szopie kot spogląda na mnie z okna. Koło drewutni zasypane śniegiem ławeczki budzą wspomnienia biesiad po wykopkach, po sadzeniu ziemniaków. Jakże chętnie wszyscy biegli na pomoc przy tych pracach. Troszkę się poschylali, troszkę poplotkowali o sąsiadach i o tym, co się we wsi dzieje, a potem lekko się opierając, bo tak wypadało, zasiadali do uczty przy stoliku w polu. Ja się nigdy nie opierałam. Siadałam i pałaszowałam placki drożdżowe, bigos, popijałam ze smakiem naleweczkę z cytryny. Każdy uczestnik dostawał jeszcze koszyk ziemniaków. Tak było jeszcze w tym roku- ostatni raz. Pola zarosną wysokim dzikim koprem, pokrzywami, ostem, wrotyczem, a jeśli pod powierzchnią żyznej ziemi znajdzie się żwir, wielkie maszyny skopią wszystko dokładnie i zostawią głębokie czarne dziury, które napełnią się wodą.

Otwieram furtkę domu Jadwigi, idę przez małe podwórko i widzę to, co zawsze: biała pielucha na najniższym schodzie ganeczku. Miotła przed stajenką, wiadro z mopem pod schodami, ławeczka na ganku, a na niej pozostawiony koszyk z drzewem do kuchennego pieca. Przeskakuję, jak zawsze niepokalanie białą pieluchę, która służy do wycierania butów i wchodzę na górę. Siadam na "swoim miejscu" na ławeczce i patrzę przed siebie. Tu wypiłam niezliczoną ilość szklanek herbaty z cytryną, która nigdzie nie smakowała tak dobrze, zjadałam najczęściej "danie firmowe", czyli dwa jaka na twardo prosto od kury, pokrojone na połówki, pomidor obrany ze skórki i kieliszek cytrynówki. Stąd widziałam Józka, męża Jadwigi, który najczęściej rąbał drzewo po drugiej stronie drogi, albo przebierał przyniesione z lasu grzyby. Chodził do lasu codziennie, często ze swoim giermkiem, Misiem z Dąbrówki. On też najczęściej pomagał mu przy drzewie. Józek czasem przysiadał na najwyższym schodzie i opowiadał swoje bliskowschodnie przygody. Pracował długo w Iraku i zwiedził wszystko, co ciekawe w tym regionie. Znał najlepiej plotki skawieckie jako codzienny, a nawet codzienny kilkukrotny bywalec "Ula" czyli pubu, mieszczącego się w drewnianej budzie koło prześlicznego w kolorze blue domku Sabiny.

Z powodu częstych wizyt w tym znienawidzonym przez wszystkie kobiety przybytku pijaństwa i nieszkodliwego plotkarstwa widywałam go leżącego na wersalce w kuchni, wersalce, na której przez 45 lat spał co noc, jak Pan Bóg przykazał ze swą żoną Jadwigą. Ona wprawdzie strasznie na niego bluźniła, widząc go w takim stanie, ale kochała go wiernie, dbała o niego czule i zamartwiała się na śmierć, bo przecież przy jego białaczce pić nie był powinien. Józek od niespełna roku leży już na cmentarzu, a Jadwiga coraz mocniej przeżywa jego stratę. Nie może opuścić tego domu. Wprawdzie wraz z córką, wnuczką i siostrą przeprowadziły się do nowego, pięknego domu na Borowinie, ale spędzają w nim tylko noce. Rankiem zjeżdżają na dół, rąbią deski ze strychu, palą pod kuchnią, gotują, pieką, karmią 10 kur, które im zostały i spędzają tam, mimo zimy, calutki dzień. Nawet ich pies Kulka jest tym znudzony i zmęczony. Przestał biegać tam i z powrotem te prawie 2 km- wskakuje do auta i każe się wieźć.

Jadwiga schudła i posmutniała. Nie chce z nikim gadać, nie godzi się na życie w luksusowym, nowoczesnym domu. Ona żyła w luksusie, ale takim naszym, skawieckim. Wszystko było znane, dom był gościnny, otwarty. Każdy gość, a nawet przechodzień był natychmiast nakarmiony, napojony tym, co gospodarstwo wyprodukowało: swojska naleweczka, swojskie wędliny, rosół z własnej kury, jajka i mleko pochodziły z własnej obory, a jarzyny, warzywa, owoce, maliny z ogrodu, sadu, pola, które otaczały ten szczęśliwy dom. No i Józek!

Jak teraz nauczyć się żyć tam na górze bez tego raju utraconego, którego nie zastąpi ani plazmowy telewizor ani szybki Internet w laptopie. Ona to wszystko ma gdzieś.

Wstaję z ławeczki i wychodzę na drogę. Kątem oka spostrzegam, że w drewutni praska na ser służy kobietom jako podpórka na piłowane przezeń deski. Idąc, liczę dymy nad wsią. Boże, jest ich tylko pięć! W jednym domu zapala się bladawe światełko. Czyj to dom, pytam jednego z pracowników warsztatu stolarskiego, który tu jeszcze działa. Kołodziejczyków, czyli dawniej Pani Komisarczykowej, przyjaciółki mojej babci.

Kiedy wraz z Sabą idziemy już do domu, słyszymy nagle warkot pędzącego traktora. W tak wyścigowy sposób może jechać albo mój sąsiad Gabryś, albo Andrzejek. Po chwili zza zakrętu wyłania się szalony pojazd i wszystko jasne. Obok szalonego traktora gna szalony pies Gabrysia, Felek. Kłapciate, rude uszy fruwają w pędzie. Przejechali i przepadli w ciemnościach, które zapadają powoli nad tym, co zostało z moich Skawiec.

A ja słyszę z powrotem cywilizację, czyli samochody na wiadukcie-widmo, widzę zapalające się na osiedlu latarnie, wesoło pełgające kolorowe światła Christmas decorations na każdym domu, jasno oświetlone pokoje i kuchnie moich sąsiadów i dziwię się swojej dwoistości uczuć: smutkowi pożegnania i radości powrotu.

Ewa Czaicka
Do góry

Realizacja: Piotr Homel